Jak się nie zakopać w tkaninach? WIELKI PLAN na 2019

zestawy tkanin

Nie będę już przynudzać o tym, jak fajne jest kupowanie tkanin, bo to przecież OCZYWISTE 😉 Dziś będzie o tym jak zapanować nad tymi tkaninami, które już mamy, jak przestać kupować i co na tym możemy zyskać. I czy to wszystko w ogóle jest możliwe?

Mój tkaninowy składzik* nie był jakoś szczególnie imponujący. Nijak się miał do tych podziwianych na Pinterest, wypchanych po brzegi regałów z tęczowo poukładanymi tkaninami. Był jednak na tyle duży, że zaczął mnie przytłaczać. W dodatku był z nim dokładnie taki problem jak z kobiecą szafą. Niby wszystkiego pełno, a nigdy nie ma tego czego akurat potrzeba.

Przyszedł rok 2019, a z nim postanowienie: ZROBIĘ Z TYM PORZĄDEK. Plan był prosty: nie kupuję (albo raczej kupuję tylko to, co niezbędne), szyję z tego co mam. Działam od ogółu do szczegółu, czyli najpierw zajmuję się większymi kawałkami tkanin, a potem przechodzę do wszelkiego rodzaju resztek i ścinków.

*słowo „składzik” nie jest może za piękne, ale nie mogę znaleźć lepszego na zastąpienie zgrabnego angielskiego „stash”

Faza pierwsza

Zaczęłam od wywalenia wszystkiego z półek, przejrzenia i posegregowania. I tu znowu nasuwa się szafowe porównanie. Kto nie zna tego uczucia, kiedy znajduje ukochaną bluzkę, o której istnieniu zapomniał pół roku temu? To teraz już wiem, że tkaniny też złośliwie wciskają się w kąciki, żeby przeleżeć w nich niepostrzeżenie całe miesiące 🙂

Podczas segregowania od razu próbowałam stworzyć jak najwięcej sensownych zestawów kolorystycznych, nadających się do stworzenia mniejszych lub większych kocykowych topów. Celowo mówię tu o topach, bo od początku wiedziałam że z plecami quiltów będę miała problem. Taki mam już system zaopatrywania się w tkaniny. Kupuję je spontanicznie, pod wpływem chwilowego zachwytu, nie myśląc nigdy o tym co z nich powstanie. Stąd cała masa tłustych ćwiartek i innych niewielkich kawałków, a bardzo mało tkanin, że tak to nazwę, metr+ .

Faza druga czyli SZYCIE

Jak było? Różnie. Były chwile kiedy głowa dosłownie parowała od pomysłów i rozgrzebywałam jednocześnie kilka projektów. Było też kilka momentów, kiedy miałam wrażenie że doszłam do ściany, że te moje tkaniny to już tylko zlepek przypadkowych wzorów i nic już z siebie nie wykrzesam w tym temacie. A potem przychodziło olśnienie. Serio, czasami bardzo niewiele trzeba, żeby coś w główce zaiskrzyło. Takie na przykład spojrzenie na przypadkowo rzucone gdzieś w kąt kawałki tkanin, których nigdy przenigdy bym świadomie nie połączyła. A nagle widzę, że to gra.

Ostatecznie powstały:Całkiem spory geometryczny quilt z wykorzystaniem między innymi fragmentów tkanin dashwoodstudio oraz granatowej tkaniny z Ikea.

Dziecięcy, ręcznie pikowany kocyk z tkanin, które zostały mi po szyciu Modern Fans.

quilt dziecięcy z hstBardzo prosty, oparty na Half Square Triangles, quilt dla dziecka. Użyłam w nim Kona Cotton w kolorze Pickle, który zostanie chyba moim kolorem roku. Uwielbiam go!

Kolejny niewielki geometryczny quilt. Tutaj trzeba było dokupić tkaninę na plecy, bo w zapasach nic pasującego nie udało się znaleźć.

quilt w strzałkiStrzałeczki. Ich szycie jest tak przyjemne, a efekt tak mi się podoba, że na pewno wzór jeszcze nie raz wykorzystam.

Coś zupełnie nie w moim stylu. Ciekawe doświadczenie, ale raczej nie powtórzę.

Miód, musztarda i żółć a do tego resztki kraciastych tkanin z koszul.

Całkiem pokaźnych rozmiarów kraciasto-paskowy quilt. Kojarzy mi się z jesienią i kanapowym lenistwem 🙂

Dwa dziecięce kocyki z kwadratów. Jeden pikowany ręcznie, drugi maszynowo. Niby podobne, a jednak każdy inny. I kontynuacja mojej miłości do zaokrąglania rogów, która swój początek miała przy tym kocyku.

Prościutki, już właściwie resztkowy, babyquilt.

Kolejny w rozmiarze dziecięcym. Tym razem pikowany w szwach. A na plecach muślin, z którym to nie polubiłam się za bardzo.

Ostatni 🙂 Piękne kwiaty z ukochanego Dashwoodstudio (kolekcja Flock) + wszystko co do nich jako tako pasowało.

Co mi to dało, czyli podsumowanie

Dostrzegam trzy ogromne korzyści z tej całej akcji. Dwie są bardzo oczywiste, trzecia może nieco mniej.

  • odzyskanie przestrzeni No oczywiste, czyż nie? Zniknęło to nieprzyjemne poczucie przytłoczenia nadmiarem posiadanych zapasów. Łatwiej wszystko poukładać, łatwiej posprzątać, no i w głowie jakoś tak więcej przestrzeni na nowe pomysły. Cudownie jest móc zmieścić wszystkie tkaniny w jednej komodzie 🙂
  • oszczędność pieniędzy Po prostu. Kupowałam to, czego potrzebowałam (no poza kilkoma grzeszkami), a nie kupowałam „żeby mieć darmową przesyłkę”, „dla poprawy humoru”, „bo kiedyś się przyda”. Koniec końców, kasy na tkaniny poszło dużo mniej niż w analogicznym okresie czasu „normalnego” funkcjonowania. Ale! Żeby nie było że ja już taka porządna pozostanę, jest jeszcze druga strona tej oszczędności. Uspokoiłam nieco sumienie i pojawiło się poczucie, że teraz można troszkę zaszaleć. I tak, kupię sobie nowe tkaniny. Z większą uważnością, z używaniem głowy, bez zbytniego napalania się, ale kupię. No minimalistką to ja się z dnia na dzień nie stanę, nie ma opcji.
  • rozbudzenie kreatywności Korzyść niepoliczalna, ale za to największa ze wszystkich. Dla mnie od bardzo dawna oczywiste jest, że ograniczenia pobudzają kreatywność. Mam wrażenie, że we wszelkich okołokraftowych dziedzinach mamy tendencję do kupowania nadmiaru materiałów. Sama łapię się na tym, że za często potrzebuję nowych akwareli, nowych kredek, nowych tkanin i całej masy innych rzeczy (bo i tych hobby mam całkiem sporo). A tymczasem naprawdę warto przyjrzeć się bliżej temu co już mamy i zastanowić się jak to wykorzystać. Narzucenie sobie ograniczeń sprawia, że otwierają się nam w głowie nowe, mniej oczywiste rozwiązania.

Oto stan moich zapasów na koniec akcji. Dwie kolumny od lewej na górnej półce to moje „grzeszki” czyli tkaniny kupione nadprogramowo (między innymi podczas wizyty „na żywo” w MyBeeHouse , no nie dało się inaczej). Reszta to to, co pozostało z zapasów. W pojemnikach na górze upchnęłam mniejsze kawałki, których jeszcze nie zakwalifikowałam do resztek i ścinków, ale są za małe aby zasłużyć na miejsce na półce.

Chcę być tu szczera, więc zaznaczam, że to są moje tkaniny do quiltu/ patchworku, a nie wszystkie tkaniny jakie posiadam. Nie brałam tu pod uwagę tkanin ubraniowych, całej kupki jeansu do recyklingu i innych takich. Jest to bowiem materiał na zupełnie inną historię.

A teraz przechodzę do kolejnego etapu tkaninowych porządków, czyli postaram się okiełznać ścinki i resztki. Czuję, że nie będzie łatwo, więc wszelkie sugestie i pomysły w tym temacie mile widziane 🙂