Patchwork, quilting i ja

Co to jest patchwork, każdy (choćby z grubsza) wie. Kilka lat temu moje skojarzenie było takie: starsza kobieta, w swoim amerykańskim domu w amerykańskim stylu, siedzi i zszywa z kawałków wzorzystych tkanin jakieś narzuty czy kapy (w amerykańskim stylu* oczywiście). Pracy przy tym dużo, technika bardzo skomplikowana, a efekt… delikatnie mówiąc dalekie to od mojego poczucia estetyki. I tyle na temat, nie zagłębiam się dalej, bo po co?

Nadszedł dzień, gdy siedząc nad stertą sukienek, z których wyrosłam, przyszło mi na myśl, żeby je pociąć i wykorzystać tkaniny ponownie. Tak też zrobiłam. To był mój pierwszy patchwork, a nawet quilt, bo wypikowałam go skrzętnie na maszynie! Byłam taka dumna… Po praniu w tajemniczy sposób kocyk zrobił się zupełnie płaski. Skąd miałam wiedzieć że najtańsza ocieplina z okolicznego sklepu to może nie koniecznie najlepszy pomysł? Co jednak zadziwiające, ten mój pierwszy, nieporadny, płaski i pełen technicznych błędów quilt służy nam w domu do dziś 🙂

Potem długo długo nic, aż pewnego dnia zatęskniłam za patchworkiem. Tym razem postanowiłam  lepiej zbadać temat. I im dłużej grzebałam w internecie, im więcej oglądałam, tym bardziej iskrzyło. Dotarło do mnie, że patchwork miewa inne oblicza niż to z moich wyobrażeń, że może być bardzo nowoczesny, może być minimalistyczny, może być po prostu taki, jakiego tylko zapragnę! I te tkaniny! Oczywiście tkaniny kochałam już dużo dużo wcześniej, ale patchwork jak nic innego daje możliwość wykorzystania całej masy pięknych printów i kolorów.

I przepadłam. Teraz to całe cięcie i zszywanie tkanin podnosi mi poziom endorfin chyba nawet bardziej niż czekolada. Cały czas uczę się czegoś nowego i poznaję nowe techniki. Sporo już nawet umiem 🙂 I tym co potrafię chciałabym się z Wami dzielić. Chciałabym pokazać, że patchwork może być fajnym hobby. W dodatku wcale nie musi być skomplikowany. Nie musimy od razu tworzyć dzieł sztuki, możemy natomiast mieć masę satysfakcji z samodzielnego szycia ładnych i przydatnych rzeczy. A że czasem dzióbki się nie zejdą? Cóż, ja w takiej sytuacji nie płaczę… Tylko nie posądzajcie mnie proszę o bylejakość i dziadostwo! To jasne, że staram się żeby było jak najładniej i jak najdokładniej. Czasem jednak nie wyjdzie. I odkąd potrafię sobie wytłumaczyć, że „zrobione jest lepsze od doskonałego”, mam z szycia jeszcze więcej radości 🙂

*A tak serio: ten „amerykański styl” to skrót myślowy i ogromne uproszczenie, ale myślę że wiecie o co chodzi:)

I żeby było jasne: ja tę klasyczną stronę patchworku bardzo cenię, potrafię zachwycić się detalami, mistrzostwem techniki czy finezyjnym wzorem, tylko… to nie moja bajka i już.