Ręczne pikowanie i seks w wielkim mieście

tkaniny-na-quilt

Zaczęło się od wizyty na strychu. A mój strych to jak kto woli- graciarnia albo wyspa skarbów. W wielkim worze, wśród sztucznych, zupełnie bezużytecznych tkanin leżał całkiem spory kawałek czegoś. Sama właściwie nie wiem czego, ale jest szare, na pewno naturalne i jak dla mnie piękne. Wygląda trochę jak lniane płótno, ale jest mięciutkie i przyjemne w dotyku. Stawiam, że to jakaś mieszanka lnu z bawełną, ale wielkim znawcą przecież nie jestem.

Znalezisko uprałam i wyprasowałam. Powietrze zaczynało właśnie pachnieć jesienią i pojawiły się pierwsze żołędzie, więc jakoś tak naturalnie wygrzebałam trochę tkanin w pomarańczowych odcieniach. Uznałam, że to świetny sposób na wykorzystanie materiałów w nielubianym kolorze. A z moim strychowym znaleziskiem zgrywały się cudownie.

Pikowanie, pikowanie, pikowanie…

Naszykowałam też grube nici do szycia jeansu, gdyż od początku wiedziałam, że ten kocyk po prostu musi być pikowany ręcznie.

Uszyłam więc szybciutko top, super prosty, geometryczny, może nawet minimalistyczny. Uznałam, że na takim pikowanie wyjdzie najlepiej. Złożyłam kanapkę (z bawełnianym wypełnieniem) i zaczęłam szyć. Doświadczenia z ręcznym pikowaniem miałam naprawdę znikome, więc było trochę strachu. Quilt miał być całkiem duży, więc sporo trudności sprawiło mi techniczne ogarnięcie trzymania tego w rękach. Nie miałam wielkiego tamborka i nie miałam zamiaru takiego kupować. W końcu opracowałam własny system przytrzymywania koca na udach jak na ramce i pikowałam, pikowałam, pikowałam… Ścieg prościutki: igła do góry, igła na dół, po liniach (w miarę) prostych. Długością ściegów  nie przejmowałam się przy tym zupełnie, uznałam że taka niedbałość doda nawet uroku mojemu wytworowi.  Z resztą do równiutkich ściegów mam maszynę.

Jak się szybko okazało, ręczne pikowanie to czynność całkiem przyjemna. Nie lubię i nie potrafię pracować z naparstkiem, więc jedynie moje palce nieco ucierpiały od wielogodzinnego (wielodniowego?) popychania igły. Poza tym było bardzo miło i bardzo monotonnie. Więc żeby się nie nudzić postanowiłam połączyć pożyteczne z przyjemnym i podczas pikowania obejrzeć coś miłego. Do tych pokaleczonych palców pasowałyby „Ostre przedmioty”, ale właśnie skończył się sezon. Padło na „Seks w wielkim mieście”. Można się spierać czym ten serial jest. Pewnie dla jednych to totalny chłam, a dla innych produkcja kultowa. Dla mnie miała to być po prostu chwila rozrywki, a zupełnie niespodziewanie zrobiło się sentymentalnie i refleksyjnie.

pikowanie-z-bliska

Nastoletnia ja kontra pikowanie

Kiedy oglądałam „Seks w wielkim mieście” po raz pierwszy miałam 17 lat. Życie bohaterek wydawało mi się fascynujące i z niecierpliwością wyczekiwałam kolejnych odcinków. Co więcej, ten serialowy Wielki Świat zdawał się być w zasięgu ręki. Miałam całe życie przed sobą i pełną marzeń głowę. Wtedy wszystko było jeszcze możliwe.

Wiele się od tamtego czasu wydarzyło. Mieszkałam przez pewien czas w Całkiem Dużym Mieście. Nosiłam obcasy, pilnie studiowałam, planowałam karierę, przeżywałam nocne barowe maratony… Miłosne wzloty i upadki mnie ominęły, bo dość szybko znalazłam swojego Mr. Biga.

Dziś mam mniej więcej tyle lat co bohaterki serialu. Moja kariera zawodowa to temat do przemilczenia. Siedzę w dresie  z igłą i nitką w dłoni i oglądając serial, przeszywam dziwną wielką szmatę. W Bardzo Małej Wsi. Nie mam (i nigdy nie miałam) szpilek od Manolo Blahnika. Tak właściwie to uświadomiłam sobie właśnie, że ja teraz nie mam ŻADNYCH szpilek poza takimi do szycia. Mam za to kalosze i nawet często ich używam, bo uwielbiam chodzić na grzyby. A las mam sto metrów od domu. Mam też kilka koleżanek, które zawsze chętnie spotkają się w barze w Małym Mieście. Z tego co wiem nie podają tam Cosmopolitan, ale w sumie mało mnie to obchodzi bo drinków nie cierpię. Lubię za to piwo. A wybór tegoż jest tu całkiem niezły.

Jest całkiem inaczej niż miało być. Ani lepiej ani gorzej, inaczej i już 🙂

pikowanie i lamówka

A kocyk?

Kocyk za to wyszedł taki jak miał wyjść. Z nieco koślawym pikowaniem (od razu widać, że zrobiony z sercem), mięciutki, idealny do otulenia się i obejrzenia tych dwóch sezonów, które mi zostały.

Nazwałam go Miranda, kto oglądał ten rozumie.

I chyba przeprosiłam się tej jesieni z kolorem pomarańczowym.